Obudziłem się od lekkiego powiewu wiatru. Smagany przyjemnym przebudzeniem otworzyłem oczy, aby ujrzeć szare niebo. Szum morza delikatnie roznosił się po pustkowiu, na którym się znajdowałem. Poczułem jak ciepło u mojego boku nieznacznie porusza się, mocniej się wtulając. Ospale przeniosłem wzrok, aby spojrzeć na śpiące oblicze Ann. Dziewczyna słodko spała na moim ramieniu. Odruchowo zacisnąłem objęcia zmniejszając i tak już nie istniejący dystans pomiędzy nami.
Przesunąłem wzrokiem po okolicy. Fale leniwie odbijały się od brzegu, piasek lekko połyskiwał w niewielu prześwitach słońca zza pochmurnego nieba. A różnorodne trawy i krzaki rosnące na wydmach niedaleko nas, poruszały się nieznacznie w rytm nadawany przez wiatr. W dali stał drewniany domek porośnięty pnącymi się roślinami.
Spokój niezmącony niczyją obecnością mnie nużył. Nie chcąc walczyć z tym uczuciem ułożyłem brodę na czubku głowy szatynki oraz utuliłem nas do snu. Kiedy byłem już na granicy słodkiego snu cichy szept wyrwał mnie z błogiego stanu.
- Niall... - raptownie podniosłem wzrok na właścicielkę głosu. Lilith. Kurwa. Mać. Wiedziałem, że to nie wróży nic dobrego - Niall spójrz.
Blondyneczka smutno wskazała na dziewczynę, którą trzymałem w objęciach. Zaniepokojony przeniosłem wzrok na Ann. A to co zobaczyłem tylko i wyłącznie zmroziło mi krew w żyłach. Jasna twarz dziewczyny była bledsza niż zwykle, wręcz robiła się przeźroczysta. Malutkie pęknięcia jak na porcelanie pojawiały się z pod jej przymkniętych powiek rozpościerając się coraz to brutalniej po całej twarzy i szyi. W panice starałem wybudzić dziewczynę, potrząsając ją lekko za ramiona. Lecz kiedy szatynka otworzyła oczy, moje najgorsze obawy potwierdziły się. Jej oczy były nieobecne i całe zaszyte nieprzeniknioną czernią. Jej twarz wraz z pęknięciami zaczęła się kruszyć i rozsypywać jak piasek. Drobinki unoszone przez wiatr przemykały przez moje palce. Ulotne, zwiewne, nie osiągalne. Nie mogłem tego powstrzymać. Chwilę potem po osobie, na której tak mi zależało już nic nie było. Tak jakby nigdy nie istniała. Nawet nie wiem, kiedy krzyczałem, płakałem, uderzałem wściekły pięściami w piasek, gdzie jeszcze chwilę temu leżała dziewczyna. Moje ciało przeszywały niezwykle silne strumienie żalu, rozpaczy, goryczy. Jedyna rzecz, o którą się modliłem, żeby nie została mi odebrana - odeszła. W ułamku sekundy zerwałem się na równe nogi.
- To jeszcze nie koniec! Nie wierzę! - wydarłem się w pustą przestrzeń. Lilith już dawno gdzieś zniknęła - Wiem, że ona jest gdzieś tam! Ona żyje!
W chwili wypowiedzenia tych słów, mój wzrok padł na starą chatę. Rzuciłem się w jej stronę. Miałem dziwne przeczucie, że jeśli dostanę się tam wszystkie te koszmary znikną. Adriana będzie żywa i to wszystko okaże się jakąś kolejną senną marą. Lecz jak na złość wszystko stało mi na przekór. Zerwał się porywisty wiatr, a w oddali słyszałem odgłosy nadchodzącej burzy. Burzy, która równie dobrze mogła nieść ze sobą sztorm.
- Niall stój - Lilith zmaterializowała się u mego boku - Nie idź tam ...
Nie słuchałem jej. Nie chciałem. Za wszelką cenę musiałem odzyskać to co utraciłem. Biegłem potykając się o własne nogi. Stopy grzęzły mi w lepkim piachu. Morska bryza odbijała mi się od twarzy. Nieprzyjemne dreszcze przeszywały moje zziębnięte ciało. W oddali słychać było pierwsze grzmoty.
Wpadłem do środka domku ciężko dysząc. Naprzeciw drzwi na bordowej kanapie siedziała Ann w białej sukience razem ze swoją mamą w czarnych rzeczach. Kobieta świdrowała mnie wzrokiem, kładąc dłoń na ramieniu córki. Na środkowym palcu miała sygnet z jakimś herbem. Takim samym jak na miedzianym kielichu, który trzymała Adriana.
Ściągnąłem brwi w konsternacji. Stałem tam totalnie osłupiały, kiedy moja klatka piersiowa ciężko opadała i podnosiła się.
- Ann..? - wyszeptałem, bojąc się zmącić ciszę panującą wokoło.
Dziewczyna smutno się uśmiechnęła do mnie. Jej usta ułożyły się w nieme przepraszam. Nie byłem pewny za co mnie przeprasza. Zdezorientowany zrobiłem krok na przód. I to chyba była najgorsza moja decyzja, ponieważ drzwi z trzaskiem zamknęły się za mną. Za moimi plecami z mroku pokoju wyłoniła się postać ojca Ann. W ręku trzymał ostry sztylet.
- Matthew zabij go! - krzyk pani Craven rozdarł cisze, łącząc się z grzmotami zza okna.
Odruchowo odwróciłem się do źródła głosu. Pani Craven stała tak jakby w każdej chwili miała zaatakować.
Usłyszałem ruch za sobą, a chwilę potem poczułem lodowaty dreszcz rozchodzący się po całym moim ciele. Ostatnie co widziałem to sztylet wystający z mojej klatki.
Raptownie wynurzyłem się spod lodowatej tafli wody. Łapałem spazmatyczne oddechy starając się uspokoić mój organizm. Byłem w swojej wannie, w swojej łazience, w swoim mieszkaniu. Powoli rozluźniłem mięśnie. Byłem bezpieczny, a to był tylko kolejny zły koszmar.
Zakręciłem kurek, z którego nadal leciała woda zalewając łazienkę. Wygrzebałem się z wanny, odtykając ujście wody. Kiedy poziom jej zaczął się zmniejszać, mozolnie powlokłem się do pokoju. Po drodze zrzuciłem wszystkie mokre rzeczy. Z garderoby wybrałem jakieś ciepłe dresy.
Ciężko westchnąłem, klnąc siarczyście pod nosem i zacząłem ogarniać bałagan. Po odwaleniu roboty udałem się do salonu. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zastałem tam rozwalonego na kanapie Louisa.
- Stary wyglądasz jak gówno - chłopak skwitował mój marny wygląd, uprzednio taksując mnie surowym wzrokiem.
- Kochany Lou, zawsze można liczyć na kilka pokrzepiających słów od ciebie - odparłem markotnie, wykrzywiając usta w sztucznym uśmiechu nawet tego nie ukrywając.
Szatyn uśmiechnął się głupawo, unosząc jedną brew.
- Zawsze do usług - po pomieszczeniu rozniósł się nasz śmiech - No dobra, koniec tego dobrego, rób herbatę.
Westchnąłem ciężko, potulnie robiąc dwie herbaty. Odrobina ciepłego napoju dobrze mi zrobi.
- Tak więc pewnie zastanawiasz się co tu robię - Lou zaczął niepewnie przysiadając na stołku kuchennym.
- Nie, nie bardzo.
- Nie? - chłopak zdziwił się, unosząc brwi.
- Opierdalasz się, kiedy ja zapierdalałem w pokoju obok - skwitowałem, burmusząc się.
- Oj tam - niebieskooki wzruszył ramionami - Powiedzmy, że w ten sposób uczę cię samodzielności.
- Louis mieszkam sam odkąd skończyłem dwadzieścia lat. Niech pomyślę... Ah no tak! To było jakieś osiemdziesiąt lat temu!!
- Pffff.. Uczymy się przez całe życie - Tomo zbagatelizował moje słowa - Lepiej mi powiedz o co chodzi z tą jakąś tam dziewczyną..Anastazją??..Anną.?
- Adrianą.
- No, no właśnie! Bo wszyscy wydają się być wtajemniczeni tylko nie ja. Kim jest ta Anastazja?
Westchnąłem ciężko stawiając kubek z cieczą przed bratem. Kiedy ten popijał ciepły napój, ja kontynuowałem.
- Nie Anastazja, tylko Adriana. Adriana Craven.
Kiedy tylko chłopak usłyszał ostatnie dwa słowa wypluł zawartość swojej paszczy wprost na mnie.
- LOUIS! - ryknąłem niezadowolony. Ręką ścierając ciecz z twarzy.
- Cra.. Co?! Czy cię do końca popierdoliło? - Lou machał rękami w powietrzu, aby dodać dramatyzmu swoim słowom - Dziecko! Cravenowie, Zolum i Dolum to najstarsze rody łowieckie! Do niedawna byli jeszcze Wilsonowie, ale ostatni potomkowie tego rodu co do jednego zostali zamordowani przez Prastarych.
- Prastarych? - zdziwiłem się.
- Jedne z pierwszych demonów! Do nich między innymi należy Sangins.
- Nie wiedziałem - odparłem szczerze na co Louis przewrócił oczami zirytowany.
- No, bo gdybyś odpierdolił swoją służbę wojskową u ojca, to byś wiedział. A nie, teraz musimy się użerać z pościgiem za tobą.
- Coś jeszcze powinienem wiedzieć w tej sprawie?
- Nie no jebłem! - satyn wyszczerzył na mnie oczy - Serio nic o tym nie wiesz ?
Kiedy chłopak zobaczył moją zmieszaną minę i krótkie zaprzeczenie machnięciem głową, kontynuował.
- Jak wiesz kiedyś Prastarych była siódemka. Ziemia, woda, ogień, powietrze, ciemność, krew i życie. Odpowiednio z irlandzkiego Ziemia - Cré, z greki Woda - Vερό (czyt. Nero), Ogień z hindi - Aga, Powietrze z japońskiego - Kuki, Ciemność z angielszczyzny - Darkness, Krew z łaciny - Sangins no i z azerskiego Życie - Həyat. Byli oni pierwszymi demonami jakie kiedykolwiek chodziły po piekle.
Przez ich wysoki status, demony te pozwalały sobie na duże nagięcia paktów. Paktów podpisanych z innymi kreaturami nocy, z czarownicami czy szamanami, a przede wszystkim z przedstawicielami rasy ludzkiej z łowcami. Jak pewnie się domyślasz inne ciemne twory nocy ze strachu przed demonami w ciszy przebolały ich przewinienia, zaś łowcy w współpracy z czarownicami postanowili przerwać milczenie oraz przywrócić dawną równowagę. Głowy głównych rodzin łowców zostały dopuszczone do tajnych narad czarownic w Salem. Tam zostały opracowane tajne taktyki zgładzenia bezkarnych istot bezcielesnych. Narady te odbyły się gdzieś kilkanaście lat przed twoimi narodzinami. Wtedy też został zgładzony pierwszy członek Prastarych - Cré. Twój ojciec niemożliwie się wkurwił. Jeden z jego najpotężniejszych demonów został zgładzony i to w dodatku przez ludzi. Mimo, że łowców naprawdę wiele kosztowało zgładzenie jednego bezcielesnego to została im rozwścieczona szóstka, chcąca zemsty za siostrę i w dodatku sam Voland, przykładny tatuś.
Zdumiony wciągnąłem ze świstem powietrze. Lou przerwał na chwilę swój monolog bu upić uprzednio zrobionej herbaty, która powoli stygła.
- Kontynuować? - utwierdzony moim skinieniem chłopak zaczął mówić dalej - Jak wiesz na kogoś musiała spaść odpowiedzialność zabicia Cré. Pech chciał, że padło na Wilsonów. Lecz oprócz winy śmierci demona, padła na nich odpowiedzialność za zaczęcie tej rzezi. Wilsonowie dostali etykietkę początku zagłady Prastarych. Oczywiście towarzyszyły temu plotki - niebieskooki wywrócił oczami, klnąc coś pod nosem - Pogłoski mówiły, że oni jako jedyni mają broń i sposób na zamordowanie najpotężniejszych kreatur nocy. Więc wszyscy którym Prastarzy zaszli za skórę, a muszę dodać, że było ich wielu, przychodzili do nich aby poznać sekret. Jak pewnie się domyślasz były to różne sposoby wyciągania informacji - przy ostatnich słowach Louis zrobił cudzysłów w powietrzu - Wiele członków rodu nie przeżyło tych tak zwanych ''sposobów'' przez co ich rodzina została mocno zdziesiątkowana, lecz tajemnica dalej była bezpieczna. Oczywiście gniew przykładnego tatusia musiał mieć ujście i dał wolną rękę Prastarym w sprawie łowców, zrywając z nimi pakt. I tu poniesione były kolejne ofiary lecz najgłośniejszą z nich był kolejny zgładzony demon Həyat. Lecz wraz z jego śmiercią wypłynął rąbek tajemnicy łowców. A mianowicie hybrydy.
Moje oczy mało co nie wypadły mi z oczodołów, kiedy usłyszałem ostatnie słowa brata.
- Co..? Ja..jak to?!
- No co? Myślałeś, że jesteś pierwszy? - Lou prychnął pod nosem - Łowcy zmieszali swoją linię krwi z rodowodem czarownic, przez co łowcy nabrali nowych zdolności. Minusem tego było to, że nie mogli uprawiać magi, lecz nadal dawało to korzyści fizyczno-psychiczne których nie posiadał człowiek. Ta nowina szybko się rozeszła po świecie. Lecz tak szybko jak ona się rozeszła tak szybko się okazało, że do stworzenia hybryd są zdolne tylko czarownice, wampiry i demony z nieodłącznym pionierem człowiekiem. Od razu mówię, że czarownice bardzo szybko wycofały się z tego ponieważ ich hybrydy traciły. Nie były tak potężne jak ci z czystej krwi. Na wampirach przeprowadzono masakrę, bo okazało się, że po ludziach dziedziczyły śmiertelność. W dodatku bardzo ciężko jest im zapłodnić kobietę ze względu na obumieranie ciała, więc tylko Świeżaki mogły tego dokonać, ale ze względu braku samokontroli bardzo często rozszarpywali potencjalne nosicielki potomków. Za to demony okazały się idealnymi kreatorami. Tak powstałeś ty. Twój ojciec szybko się przekonał o mocy jaką w sobie masz i wydał nakaz zabicia wszystkich demonicznych hybryd, które nie pochodzą od Prastarych bądź jego. Tym sposobem zostałeś tylko ty, ponieważ Prastarzy brzydzą się hybrydami ze względu, iż one przyniosły im zagładę.
- Ale to wszystko jest popieprzone - opadłem ciężko na stołek. Z niedowierzaniem patrzyłem na mojego brata, przecząco kręcąc głową.
- Nigdy nie zastanawiałeś się czemu się wychowywałeś w Irlandii, a nie w piekle i czemu my jako twoi opiekunowie zostaliśmy ''stworzeni'', a nie przeobrażeni?
- Znaczy myślałem, że zostaliście stworzeni, bo tak jesteście potężniejsi...
- To po części też prawda - przytaknął Lou.
- ... ale nie miałem pojęcia, że coś jeszcze się za tym kryje.
- Od razu obalam mit, że Voland wybrał dzieciństwo na ziemi dla tego, że piekło jest nie odpowiednie dla dzieci. Gówno prawda. Miał to głęboko w poważaniu. To ze względu na Cré. Na pamiątkę po niej oraz żeby źródło jej mocy, z niewiadomych przyczyn była związana z akurat tą ziemią wpłynęła na twoją moc. Stała się silniejsza i takie tam brednie. Bla, bla, bla - Lou arogancko machnął ręką w powietrzu wywracając oczami - Przy okazji Irlandia stała się skupiskiem największej ilości ciemnych stworzeń. No i też wpłynęło to na zmianę jej nazwy z Hibernia na Ireland. Z tego co pewnie wiesz ire to inaczej gniew, land to ziemia, czyli gniewna ziemia. No i tak przechodzimy do powodu stworzenia ciebie! Moja ulubiona część - szatyn klasnął radośnie w ręce.
- Louis jak chcesz powiedzieć coś co pogorszy moje i tak nędzne samopoczucie pomiń ten fragment.
- Oj spokojnie, byłeś planowany - niebieskooki machnął ręką uciszająco i kontynuował soją opowieść - Tak więc po tym jak poszła plotka o śmierci Həyat i możliwości powstania hybryd, twój ojciec postanowił się ciebie dorobić. Przede wszystkim ze strachu przed łowcami, bo było wiadome, że nie poprzestaną na dwóch Prastarych, a nawet będą chcieli dobrać się do samego Pana ciemności. No gdyby się mu dobrali do tyłka jestem pewny, że zgładziłby ich lecz wtedy rozpętałaby się wojna z niebem za zaistniałe masakry na ludziach. Sam wiesz, że ostatnia potyczka z niebem dla Volanda skończyła się zrzuceniem z nieba, a następnie licznymi klęskami ludzkości. Chłop wolał nie ryzykować. Tak więc potrzebował tajnej broni, która byłaby w stanie stanąć do walki z łowcami i tak o to powstałeś ty.
- Pocieszające - mruknąłem niezadowolony.
- Czekaj, czekaj dochodzimy do najciekawszej części! - Lou pochylił się w moją stronę wyraźnie zaintrygowany snutą przez niego opowieścią - Łowcy dowiedzieli się o tobie! Oczywiście to krzyżowało im plany. Lecz kiedy wiedzieli, że na razie nie jesteś zdolny do walki, bo bądźmy szczerzy robiłeś pod siebie i nie umiałeś stać..
- LOUIS!
- ... oj dobra, dobra. Jeszcze byłeś w brzuchu matki - szatyn uśmiechnął się figlarnie, po czym ciągnął dalej wątek - Łowcy postanowili przeprowadzić kolejny atak na Prastarych mając nadzieję, że z nimi będzie właśnie twoja matka w ciąży. No i skubańcy mieli rację. Śmierć poniósł Nero, który skrycie podkochiwał się w twojej matce. Przez to odziedziczyłeś trochę jego mocy i masz błękitne oczy. No ale ten zamach nie mógł przejść bez reakcji twojego ojca. Jednym słowem wściekł się i dokończył swój projekt na cześć Həyata, a mianowicie nas. Mam na myśli mnie, Liama, Harrego i Zayna. Postanowił, że będziemy twoimi opiekunami, obrońcami oraz nauczycielami. Choć z tym ostatnim to nieźle dupy daliśmy - Lou zawiesił się spoglądając w sufit jednocześnie wyginając usta w niezadowolonym grymasie cmokając cicho.
Ciężko wzdychając wywróciłem oczami. Zawiecha szatyna zaczęła się ciągnąć, kiedy ja uporczywie czekałem na ciąg dalszy historii. Postanowiłem przywrócić go do rzeczywistości chrząknięciem. Szatyn potrząsnął głową wracając myślami stamtąd gdzie chuj wie go wywiało i mamrocząc pod nosem wznowił swój monolog.
- Na czym to ja ... - w zamyśleniu upił łyk zimnej już herbaty - AHA! No tak powstaliśmy my i w piątkę zostaliśmy zesłani do domu nad Lough Ennel. W czasie kiedy my ''wychowywaliśmy'' cię, dochodziło do kolejnych sporów między łowcami a demonami. Potem cała sytuacja przycichła. Prastarzy nabrali pokory i chowali się po całym świecie przed łowcami. Ci ich szukali przy okazji mając oko na ciebie. Lecz nie wchodzili w żadne potyczki do póki my cię pilnowaliśmy.
- Czemu jesteście dla nich nietykalni, kiedy inne demony są gładzone? - niegrzecznie przerwałem Tomo, zaciekawiony tym wątkiem.
- Bo nie opętaliśmy niczyich ciał tylko tkwimy w swoich, żywych. To nie daje im pretekstu zabicia nas, ponieważ nie naraziliśmy życia żadnego człowieka. Równowaga była zachowana, a jakieś ich popierdolone kodeksy honorowe im nie pozwalają na ingerencję. W dodatku często zdarzało nam się zabić parę kreatur, które chciały się dostać do ciebie. Tak zwane odwalanie brudnej roboty za nich - odparł zirytowany Lou za moje wtrącenie - Będziesz mi przerywał czy mogę mówić ?
- Nie, przepraszam - zmieszany wybąkałem pod nosem - Mów dalej.
- Tak panował względny spokój między rasami. Oczywiście dalej odbywały się polowania, ale na członków z niższych sfer na obydwu polach przeciwnych. W potomkach rodów łowieckich przycichł gen łowczy. Mówi się, że teraz uaktywnia się on po osiągnięciu dojrzałości oraz zabiciu demona z rodowodu Prastarych bądź wyższych sfer.
- I tak została utrzymywana względna równowaga - skwitowałem.
- Względnie tak, do czasu. Jakieś ponad pięćdziesiąt lat temu jeden z prastarych - Aga. Tak to był on. Stwierdził, że sytuacja przycichła na tyle iż może wrócić do starych nawyków. Wyobraź sobie, że łowcom nie spodobało się to i postanowili temu zaradzić, jak zwykle siłą. Czujesz tą ironię? - mrukną Lou - Przeprowadzili kolejny atak na najstarszego bezcielesnego. Oczywiście z pomocą przyszli mu pozostali Prastarzy.
Niestety albo stety, łowcy byli na to przygotowani. Zastawiono bowiem pułapkę. Aga tak czy siak nie wyszedł cało z potyczki w dodatku pociągnął za sobą Kuki i Darkness. Dziewczyny zostały schwytane i uwięzione. Jedyny Sangins został na wolności. Skurczybyk jako jedyny potrafił wywinąć się łowcom. Lecz targany rozpaczą i samotnością, po cichu planował zemstę. No cóż tu taki mały pikantny szczególik. Sangins był szaleńczo i nie odwołanie zakochany w Darkness. Czy ta odwzajemniała jego uczucie, czy też nie nikt nie wiedział. No ale nasz kochany kolega oczywiście musiał iść na ratunek wybrance swojego serca. Doszło do wielkiej walki. Zginęło wiele osób, demonów, czarownic i nawet groziło to ingerencją nieba. Na szczęście obyło się bez.
Lou odetchnął, wycierając wyimaginowany pot z czoła.
- Zaraz, zaraz... - odparłem ściągając brwi skonsternowany - Jeśli to było jakieś pięćdziesiąt lat temu to dlaczego tego nie pamiętam?!
- Oh to było wtedy gdy zrazem z Zaynem i Harrym upijaliście się w trzy dupy przez miesiąc.
- Ach... - wyleciało z moich warg.
To był mój początek życia jako ''Badboy''. Jednym słowem jest to fragment a dokładnie miesiąc, którego prawie w ogóle nie pamiętam. Przez okrągły miesiąc z chłopakami nie dopuszczaliśmy do wytrzeźwienia. Potem ja ze względu na moją człowieczą stronę chorowałem przez tydzień (czytaj rzygałem dalej jak patrzyłem) no a chłopakom oczywiście nic nie dolegało, nie licząc uporczywych bólów głowy.
- No dobra, ale dla czego nic mi o tym wszystkim wcześniej nie wspomniałeś?
- Myślałem, że wiesz.
- Kiepskie wytłumaczenie Lou - odparłem naburmuszając się.
- Ciesz się, że teraz ci mówię. Inaczej za tę niewiedzę przypierdoliłbym ci w tą niewyparzoną gębę ponad stuletnią książką po łacinie i kazał czytać.
- Przepraszam, kontynuuj.
- Tak więc pod czas tego starcia wydarzyły się trzy bardzo ważne rzeczy. A mianowicie: ucieczka Kuki, uprowadzenie Darkness i podpisanie kontraktu o nietykalności obydwu stron.
- Nie rozumiem.
Lou westchnął zirytowany. Choć i tak dzisiaj wykazywał się niezwykłą jak na niego cierpliwością. Na przykład nie rzucał krzesłami wściekle wrzeszcząc, że żyje wśród idiotów.
- No więc ucieczki Kuki nie muszę ci chyba tłumaczyć. Dziewczyna zwiała i tak o to słuch po niej zaginął - Tomo szukał w moich oczach potwierdzenia, że tę część historii rozumiem. Kiedy uzyskał twierdzące kiwnięcie głową, mówił dalej - Darkness jeszcze przed podpisaniem porozumienia została wywieziona przez łowców z miejsca walki. Oczywiście przy targowaniu kontraktu Voland starał się ją odzyskać pod naciskiem Sanginsa. Ale łowcy byli nie ugięci. Użyli jej jako karty przetargowej, argumentując to, że jeśli zostanie złamany kontrakt, Darkness jak i pozostała dwójka Prastarych zostaną zabici. Voland i Sangins nie mieli wyjścia i musieli się zgodzić na ich warunki.
Lou przystopował opowiadanie, kończąc herbatę oraz machnął na mnie ręką abym zrobił mu nową. Kiedy ja w ciszy przygotowywałem napoje ten kończył monolog.
- Kontrakt mówił o nietykalności obydwu stron i jeśli takowa by dopuściła się zamachu na drugą, strona poszkodowana miała prawo egzekwować złoczyńcę według swoich praw wewnętrznych. Jeszcze był dodatkowy wpis o szczególnym immunitecie dla członków wysokich rodowodów, w tym nas - to szatyn wskazał palcem na naszą dwójkę, w domyśle jeszcze resztę chłopaków - Tak tę sprawę zostawiono. Ale to nie był koniec poszukiwań Sanginsa. On dalej szukał swojej ukochanej. Niektórzy mówią, że trochę ześwirował z tego powodu, lecz nikt nie wtrącał się w jego poszukiwania. Ponieważ ślad mocy Darkness mimo zamknięcia był dalej wyczuwalny. Nasz superbohater wędrował po całym świecie za nim. Do czasu. Jakieś niecałe dwadzieścia lat temu ślad po demonicy zaginął. Jakby się kompletnie rozpłynęła. Oczywiście Sangins wpadł w szał. Obwiniał łowców za jej śmierć. I przewidywalnym było, że postanowił się zemścić. Odwet padł na rodzinę odpowiedzialną za przetrzymywanie Darkness. Tak się złożyło, iż był to ród Wilsonów. Możesz sobie wyobrazić wściekłość jaka ogarnęła Sanginsem?! Nie dość, że ich przodkowie zapoczątkowali tą rzeź na demonach odbierając jemu większość prastarych to jeszcze miłość jego życia. I tak postanowił wybić cały ten ród. Co do jednego istnienia. Tak jakieś dwadzieścia lat temu zginęli wszyscy z rodu Wilsonów. Tylko tu pojawia się pewien haczyk. Nigdy nie znaleziono dowodu na śmierć Darkness.
- Jak to? - zaintrygowany, postawiłem kubek z gorącą cieczą przed Louisem.
- Tak to - powiedział odbierając kubek - Żadnego wybuchu mocy, żadnego ciała czy też pyłu. Nic. Kompletnie nic! Co lepsze mimo nadanemu prawu, łowcy nie wyegzekwowali kary na Sanginsie za wymordowanie rodu. Rozumiesz ?! Zero reakcji, zero odwetu.
- Może stwierdzili, że to bez sensu rozwiązywać spory przelewem krwi bo i tak do niczego nie prowadzą - zauważyłem.
- No chyba cię popierdoliło - wyśmiał mnie szatyn - Chodzą plotki, że ponoć jeden z potomków łowców, który musi być ludzkim naczyniem wchłonął demonice, a razem z nią całą jej moc. Przez to zaginął ślad Darkness. Ona nadal żyje tyle, że jest w innej ''klatce''. Ludzkiej klatce, przez co nie ma śladu po jej mocy. Krążą spekulacje, że właśnie dla tego łowcy nie egzekwowali śmierci potomków rodu Wilnsonów. Na mocy wewnętrznych kodeksów oraz porozumienia, Darkness teraz należy do łowców. No jest jeszcze jedna opinia - dodał Lou z grymasem na twarzy - Mówią, że wyegzekwowano śmierć łowców przez zamordowanie Darkness w ludzkim naczyniu. Co jest prawdopodobne bo moc wchłonięta przez ciało umiera razem z nim. Dlatego śmierć jest niemiłosiernie długa i bolesna. Lecz tu pojawia się kolejna zagadka, ponieważ na razie nie znaleźli ciała takowego naczynia,
które mogło nosić Darkness. Oraz jedno kluczowe pytanie - Czemu łowcy zatailiby usprawiedliwioną egzekucję?
- Nie mam pojęcia... - odparłem, głęboko się zastanawiając nad przedstawionymi tezami - To by nie miało sensu.
Lou uśmiechną się chytrze.
- Ponieważ takowa nigdy nie została przeprowadzona.
_________________________________________________________________
Boooom! Zgadnijcie kto powraca z nową dawką emocji i rozdziałami ?! TAK! Wracam tu do Was. :3
Jak pewnie większość z Was wie, zaczęły się wakacje (czytaj Adela ma w końcu trochę wolnego czasu) i zamierzam nadrobić wszystkie zaległości, które pojawiły się na blogu. Postaram się napisać tak z dziesięć rozdziałów na przód i dodawać je w nie większych jak dwa tygodnie odstępach czasu. :)
Na odkupienie grzechów dodaję ten meeeegaaa długi rozdział i mam nadzieję, że meeeegaaaaa emocjonujący, bo co tu ukrywać dowiadujecie się bardzo dużo o głównych bohaterach i ich rodzinach! Tylko plizka nie padnijcie już teraz na zawał okiii..? ;) mam jeszcze dużo niespodzianek >:D
+ Zaktualizowałam zakładkę z przypisami! Zachęcam do odwiedzenia -> TU
Sprawa organizacyjna! Jest parę osób które zmieniły swoje niki na tt i niepodły zmiany w informowanych ja nie jestem w stanie teraz Was znaleźć!! Więc bardzo proszę jeśli chcecie być dalej informowani zgłoście to :)
+ zachęcam Was do ogłoszenia swoim znajomym z którymi czytacie, czy też jakoś powiązani są z opowieścią o POWROCIE DARKNESS. Takim już oficjalnym z pompą, fajerwerkami, jednorożcami i tęczą! :D Hymmm.. to było by bardzo miłe jeśli zostawilibyście po sobie ślad może jakiś kontakt na tt czy tumblr, żebym mogła na przykład odpowiedzieć na pytania bo tu na blogu nie bardzo lubię czy też nie wszyscy potem to przeczytają. tak więc co Wy na to?
Ah i ostatnia sprawa! Wiem, że bardzo dużo osób czytających Darkness ma tt i tam dzieli się swoimi emocjami oraz opiniami na ten temat. Więc co Wy na to żeby założyć specjalny tag żebyśmy mogli wszyscy dzielić się swoim fangirlingiem? Podawajcie propozycje tagów! <3
Lots of love,
Adela
13 lip 2014
10 maj 2014
Rozdział 16
Po odwiezieniu Adriany oraz odstawieniu auta pod dom, hardo maszerowałem na piwo z chłopakami. Co jak co, ale nie mogli sobie tego wieczoru odpuścić. W dodatku jeśli ja bym nie przyszedł to oni by przyleźli, a to zawsze kończy się źle. Uwierzcie mi. ZAWSZE KOŃCZY SIĘ ŹLE. Na przykład raz, kiedy chcieli mnie pogrążyć w zażenowaniu i śmiechach pogardy dla ''romantycznej duszyczki'' ( której nawiasem nie mam) spłonęła kamienica. Tak, dokładnie, spłonęła kamienica. Mieliśmy szczęście, że nie całe osiedle. Tak więc wracając (jednocześnie nastawiając się na najgorsze), rytmicznym krokiem kierowałem się do umówionego pubu dla tak zwanych ''nie z tego świata'' stworzeń.
Westchnąłem głęboko, gdy pewien upierdliwy osobnik, zaczął działać mi na nerwy. Nim zdążył zareagować w mgnieniu oka odwróciłem się, łapiąc go za bark i przygwoździłem do ściany. Oczywiście do szyi przystawiłem ostry nóż sprężynowy, na pozór nie różniący się niczym od przeciętnych noży, gdyby nie mały, słodki szczególik. To był prezent od Lou, poświęcony przez starego szamana. Czyli nawiasem mówiąc zabijał wszystkie demony, cienie, wampiry i tym podobne duperele. Wiecie jedno małe ostrze, a zabijało wszystko jak leci. Kochany Lou.
- Dlaczego cały dzień mnie śledzisz?! - wysyczałem prosto w twarz mojego przeciwnika - ODPOWIADAJ!
- NIE MAM NIC CI DO POWIEDZENIA SZCZENIAKU!
- Oh widzę, że Sangins ma dość wyszczekanych teraz przydupasów - roześmiałem się ironicznie, przyciskając ostrze mocniej do gardła nowego kolegi - Ale nie wychylałbyś się tak, gdybyś wiedział, co te cudeńko potrafi.
Cóż koleżka zaczął popadać w panikę, jednocześnie spazmatycznie łapiąc powietrze, kiedy zanurzyłem końcówkę ostrza w jego szyi. Pieczenie i okropny ból zawładnął jego całym ciałem. Byłem zaskoczony jak za wszelką cenę stara się zatrzymać dławiący krzyk w gardle.
- Tak więc raczysz mi powiedzieć czego chce ode mnie Sangins czy mam mu osobiście powiedzieć, żeby spierdalał ?
- Mia-miałe.... miałem prze-przekazać, że masz się trzymać z dala od... od dziewczyny.
- Co ona ma z tym wspólnego?!? - wściekłem się do granic możliwości. Co ten idiota sobie myślał? Sądzi, że jeśli jest jednym z najstarszych demonów może mówić innym co mają robić?! - Gadaj!
- Ta-tas.. mała su-suka nic... Le-lepiej przyj.. przyjrzyj się jej... jej rodzinie.
Buzująca krew w uszach tłumiła cichy głosik rozsądku. W dodatku, kiedy mój drogi kolega - czujecie tą ironię? - wykrył konsternację na mojej twarzy krwawy uśmieszek wkradł się na jego usta. Nie mogłem mu tego popuścić. Mój nóż przebił podbródek demona zatrzymując się na skroni. Opsi. Czarna ciecz wymieszana z tą czerwoną spłynęła po mojej dłoni przez przed ramie, skapując rytmicznie na beton. Z kamienną twarzą oraz pustym wzrokiem wpatrywałem się w przygasające oczy kreatury. Czarny dym powoli wypływał z rozwartych ust, kiedy sztywne ciało demona opadło na ziemię.
Z głośnym westchnięciem wytarłem ostrze w koszulkę już nieboszczyka, następnie chowając je z powrotem do futerału za paskiem.
- Słodkich snów - podgwizdując pod nosem znów kierowałem się do baru.
- No ja pierdole kurwa nie - wyrwało się z pomiędzy rozchylonych warg Harolda - No ja pierdole zabił ją!
- Nie wierzę, że to zrobił - mrukną pod nosem Li.
Na twarzach chłopków wymalował się jeszcze większy szok. Ściągnąłem brwi nie rozumiejąc o co chodzi moim braciom. Spojrzałem w dół i wszystko było jasne. Tsaaa troszkę się ujebałem po ''przemiłej rozmowie z kolegą''.
- Czy może ktoś mnie kurwa wtajemniczyć?! - pisnął urażony Louis splatając ręce na klatce piersiowej.
- Ach to? To nic takiego...
- Naprawdę? - Lou uniósł jedną brew w teatralnym geście. Wskazując dłonią na mnie dodał - Ujebałeś się jak jakieś pierdolone dziecko w piaskownicy, a oni dramatyzują jakby znowu spłonęło całe miasto.
- Spłonęło kiedyś przez nas miasto? - zdziwiłem się.
- W 1986 - mrukną Zayn - Odleciałeś wtedy troszeczkę.
To wszystko wyjaśnia.
- Ale dalej nie wiemy czemu przylazłeś cały we krwi! - pisnął Harry.
- Dostałem okresu - rzuciłem ironicznie.
- O mój boże! Ale jak to? Kiedy to się stało?! - Styles strzelał pytaniami jak z torpedy w dodatku bardzo poważnie.
- Harry idioto jeden! Chodzisz ze mną na rozszerzoną biologię i powinieneś już wiedzieć, że nie możemy dostać miesiączki - jęknąłem zrezygnowany - Po drodze przyczepił się do mnie jakiś przydupas Sanginsa i tak jakoś wyszło, że nie żyje.
Odparłem, ciężko opadając na ławę, machnięciem ręki przywołując kelnera. Ta noc będzie bardzo długa...
*Następny dzień*
Otworzyłem pół przytomne oczy. Przytłumiony jękomruk wyrwał się z mojego gardła, kiedy podnosiłem ciężką jak ołów głowę z nad sedesu. Można było powiedzieć, że to mój nowy przyjaciel. Całą noc opowiadałem mu co takiego działo się na ''piwie z chłopakami''. Nie muszę chyba mówić, że nie skończyło się tylko na piwie. Przez większą część wieczoru rzetelnie trzymałem się dwóch najważniejszych zasad picia alkoholu. Pierwsza brzmi ''zawsze z lżejszych alkoholi przechodź w cięższe, nigdy odwrotnie'' i w sumie trzymałem się jej do końca. Zaś druga ''nigdy nie mieszaj różnych rodzai trunków'' no cóż, poszła się jebać.
Znów jęknąłem niezadowolony, kiedy poczułem, że torsje wracają. Moje mięśnie brzucha napięły się i kolejna fala wymiocin wylądowała w muszli. Nieprzyjemny kwaskowy posmak palił mi gardło, a mdłości oraz bule głowy wcale nie pomagają. Czułem, że zaraz wypluję swoje wnętrzności. Nic nie mogłem utrzymać w żołądku, a na sam zapach jedzenia mam odruch wymiotny.
Przeczołgałem się do wanny i odkręciłem lodowatą wodę. W przeciągu paru dłużących się chwil, zaczęła się napełniać. Nie zaprzątając sobie głowy, aby rozebrać się z rzeczy przerzuciłem swoją zlansowaną dupę do wanny. Zimna woda dawała ukojenie mojemu zmęczonemu ciału.
Zanurzając twarz pod wodą mój umysł podsyłał mi kolejne obrazy. Szczególnie jedna myśl z wczorajszego wieczoru nie dawała mi spokoju. A mianowicie, że mam się trzymać z daleka od Ann i przyjrzeć się jej rodzinie. Nie mam pojęcia o co w tym może chodzić. Ale jestem pewny, że muszę się tego dowiedzieć, bo jedno z nas może być w dużych tarapatach.
______________________________________________________________________
Alex
Wracałem właśnie z kawy z dziewczynami. Oh co to są za plotkary! Po wysłuchaniu wszystkich 'ochów i achów'' na temat facetów dowiedziałem się, że muszę wracać ponieważ mój ojciec musi ze mną o czymś bardzo ważnym porozmawiać. Szczerze nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi. W szkole było wszystko ok, tak samo jak w domu czy na zajęciach. Do głowy nie przychodziło mi nic co mogło zdenerwować ojca. Od dawna nie słyszałem go tak śmiertelnie poważnego. Jedyny raz, kiedy go takiego pamiętam był wtedy, gdy przywołał mojego brata do swojego gabinetu. Byłem wtedy mały, nie miałem więcej jak cztery czy pięć lat. W domu było ogólne zebranie wszystkich zżytych ze sobą rodzin. W salonie przy stole znajdowali się po lewicy gospodarzy państwo Zolum wraz z dziećmi, obok nich skłóceni już państwo Evansowie po prawej Cravenowie i dwójka ludzi, których pamiętam jak przez mgłę. W dodatku nie mam pojęcia dlaczego w swoim wspomnieniu pamiętam, że trzymali małą Ann na rękach mimo, iż jej rodzice siedzieli zaraz obok. No zabijcie mnie nie mam pojęcia kim byli. Nie pamiętam ich. Imion tym bardziej. Lecz teraz jest to nie istotne. Ten dzień wyrył mi się w pamięci raczej z powodu tego, iż straciłem bardzo bliską mi osobę. Przed tym zdarzeniem mój brat Greg zawsze się ze mną bawił i żartował. Gdy wyszedł z gabinetu ojca po długich rozmowach już nigdy więcej się mną nie zajmował. Tłumacząc, że z czasem trzeba dorosnąć, wraz z rodzinną tajemnicą. Z tym dniem straciłem brata i od tej pory jestem jedynakiem. Nie mam pojęcia co się tam stało, a teraz prawdopodobnie będę się musiał z tym zmierzyć.
Prychnąłem niezadowolony.Układam sobie jakieś chore historie. Jako dziecko miałem bujną wyobraźnię. Gadałem niestworzone rzeczy, że widziałem demony w oknach lub słyszałem głosy w piwnicy. Najlepsze jak kiedyś powiedziałem mamie, że widziałem w nocy ducha jak chodził po domu. W życiu nie przypuszczałbym, że można tak poblednąć na twarzy. Mama potem powiedziała wszystko ojcu. Pamiętam jak strasznie się wściekł na Grega, bo miał wtedy pilnować domu. Nie miałem pojęcia, że ojciec tak srogo ukarze mojego już byłego brata za jakieś dziecięce urojenia.
Wciągnąłem powietrze ze świstem, zdając sobie sprawę, że stoję pod domem. Oddychając głęboko starałem się uspokoić szalejące serce. Lecz to zdało się na nic. Nie mam pojęcia czego się tak obawiam, przecież nie ma czego. Mimo to te niemiłe uczucie gdzieś ciągle w okół mnie się kręci. Na podjeździe zauważyłem szereg aut należących do tak zwanej starszyzny zaprzyjaźnionych rodzin. To nie zapowiadało nic dobrego.
Od progu przywitały mnie jakieś krzyki dochodzące z gabinetu ojca.
- Zrozum, że on nie jest jeszcze gotowy na to! - to mój tata krzyczał - To jest wielka odpowiedzialność, nie dorósł jeszcze na to!
- Samuel nie pieprz głupot znam swojego syna! - głos odpowiadający mojemu ojcu wydał mi się znajomy - Zostanie już teraz wtajemniczony i koniec kropka!
Stanąłem jak wryty kiedy z gabinetu wypadł pan Zolum, jednocześnie właściciel poprzedniego głosu. Przywitałem się grzecznie, lecz odpowiedział mi wściekły trzask drzwi. Zdębiały spojrzałem na ojca, którego sylwetka właśnie wyjawiała się na progu.
- Oh Alex dobrze, że już jesteś - przywitał mnie spokojniej - Choć synu musimy porozmawiać.
Przełykając gulę w gardle puszyłem za mężczyzną. Kompletny mętlik w głowie uniemożliwiał mi logicznie myślenie. Wszystko wykonywałem automatyczne. Ręce nieprzyjemnie drżały i pokryły się zimnym potem. Niezręcznie wytarłem je o dżinsy.
- Panowie możecie nas zostawić samych? - no tak dowal mi jeszcze stary to zejdę ci tu na zawał! czułem tężejący wzrok ojca na sobie wraz z zwarciem się mojej klatki piersiowej. Atmosfera chyba nie może być już bardziej gęsta. Reszta członków starszyzny bez komentarza opuściła pokój. Na odchodne za nimi ojciec dodał surowe - Dziękuję.
Kiedy pomieszczenie opustoszało, a ja przełknąłem jakoś swój strach wydusiłem z siebie ciche.
- Chciałeś ze mną porozmawiać.
- Owszem synu. Pewnie zastanawiałeś się czemu cię tu ściągnąłem - kiedy moje niemrawe skinienie głowy odpowiedziało mężczyzna kontynuował - Wiesz dobrze, że w naszej rodzinie i tych zaprzyjaźnionych przychodzi czas, kiedy młodzieniec zostaje wprowadzony oraz przeobraża się w mężczyznę.
- Wiem - wydukałem - Ale nie mam pojęcia co chcesz przez to powiedzieć.
- Alex chyba czas, żebyś dowiedział się o sekretnej tradycji naszych rodzin, którą będziesz kontynuował wraz z następnymi pokoleniami.
Mój oddech stanął, wraz z sercem, pulsem i czym tam jeszcze chcecie. Kurwa wiedziałem. Moje ciało spięło się natychmiastowo. Czyli jednak podejrzenia z poprzednich lat są prawdziwe... Wiedziałem, że będę tego żałował, ale musiałem się spytać.
- Co to za rodzinna tajemnica ?
Przez twarz ojca przeleciał cień uśmiechu. Odchylił się na fotelu aby wskazać ręką na starą fotografię nad swoją głową.
- Pamiętasz kiedy zrobiona była ta fotografia?
- Po osiemnastych urodzinach Grega.
- Dokładnie. Może wiesz dla czego?
- Nie.
- Widzisz na niej uwiecznionych członków aktualnej starszyzny. Na następnej będziesz ty z bratem i dziećmi tu oto widocznych.
- To się zgadza, rozpoznaje pana Zolum i jeszcze paru członków tylko nie mam pojęcia kim jest ten mężczyzna z lewego rogu który stoki koło ciebie. Nie pamiętam go.
- To Jonathan Wilson - ojciec westchnął smutno i na chwile jego wzrok odleciały gdzieś daleko, by po chwili powrócić z zimnym spojrzeniem - Ale nie będziemy teraz o tym mówić. Widzisz twoja rodzina jak i te zaprzyjaźnione to tak naprawdę prastare rody. Wszyscy jesteśmy powiązani przysięgą krwi, która czyni z nas tym kim jesteśmy.
- A k-kim jest.. jesteśmy?
- Łowcami mój drogi synu. Pilnujemy równowagi między światem ludzi, a światem mroku.
- Żartujesz prawda? To jakiś chory żart tak? - nie dowierzałem, lecz jedno spojrzenie w oczy ojca utwierdziło mnie, iż ani trochę mu do żartów. Nagle mój umysł zaczął pracować na zdwojonych obrotach, a wszystkie klocki powoli pasowały - To po to było to wszystko? Te treningi, szkolenia? To wszystko, żeby zrobić ze mnie łowcę ?
- Tak, to wszystko byś był łowcą.
- Nie, nie, nie... jak to możliwe?
- Alex! - surowy ton przywrócił mnie do porządku - Na miłość boską uspokój się. Żyjesz z tym od narodzin. Mamy to we krwi. Kiedy jest niebezpieczeństwo nasze zmysły wytężają się bardziej niż innych ludzi. Adrenalina, akcja, emocje nie przyćmiewają nam logicznego myślenia. Walka, broń to wszystko przychodzi nam od skinienia palcem. Tropienie i niwelowanie niebezpiecznych kreatur nie z tego świata to jest dla nas pestka. Więc przestań panikować i weź się w garść.
- Przepraszam - wydukałem lekko zażenowany. Ojciec wyglądał na lekko zirytowanego moją reakcją - Proszę kontynuuj.
- Wzmożemy ci treningi i w soboty przez dwie godziny będziesz studiował tajniki budowy morfologicznej oraz anatomicznej kreatur nocy. Musisz wiedzieć z czym przyjdzie ci walczyć. Teraz nosisz na barkach odpowiedzialność, która idzie z tajemnicą rodzinną rozumiesz?
- Tak, rozumiem.
- To dobrze.
- Mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Czy Mark on ... on też będzie łowcą ? O to tak wściekła się pani Zolum?
Ojciec westchnął zmęczony. Ściskając kciukiem i palcem wskazującym nasadę nosa.
- Tak on też.. - ponosiwszy wzrok uśmiechnął się smutno - Ale dobrze wiem to i ja i ty, że nie jest na to gotowy. Nie dorósł jeszcze do bycia łowcą, lecz Zo jest zbyt uparty. Czasem jego wojskowa zawziętość jest strasznym wrzodem na dupie - zaśmialiśmy się jednocześnie - Nie mniej jednak nie raz uratował mi życie na polu walki.
Powoli zbierałem się z gabinetu, żeby przetrawić wszystkie nowe wiadomości, pewna myśl przemknęła przez mój umysł.
- Tato?
- Tak?
- Co się stało z Jonathanem? Jest na zdjęciu, więc jest ze starszyzny lecz nie pamiętam, żebym go widział u nas.
Na wspomnienie mężczyzny ojciec widocznie posmutniał.
- Nathan zginął tragicznie wraz ze swoją żoną Isobel.
- A dziecko? Oni mieli dziecko.
- Nie Alex, nie mieli.... Wilsonowie nie mieli dzieci.
Widoczne zmieszanie ojca wydało mi się z lekka podejrzane. Ściągnąłem brwi w geście nie zrozumienia jednocześnie spuszczając wzrok na ziemię. W moim wspomnieniu wydawało mi się, że mieli dziecko.
- No nic, to do zobaczenia na kolacji - rzuciłem krótko, przechodząc przez próg.
Mam bardzo dużo do przetrawienia i oswojenia się. Wciąż nie dochodzi do mnie zbytnio wiadomość, że jestem łowcą a wszystkie bajki, które opowiadała mi mama na noc są prawdą.
Westchnąłem głęboko, gdy pewien upierdliwy osobnik, zaczął działać mi na nerwy. Nim zdążył zareagować w mgnieniu oka odwróciłem się, łapiąc go za bark i przygwoździłem do ściany. Oczywiście do szyi przystawiłem ostry nóż sprężynowy, na pozór nie różniący się niczym od przeciętnych noży, gdyby nie mały, słodki szczególik. To był prezent od Lou, poświęcony przez starego szamana. Czyli nawiasem mówiąc zabijał wszystkie demony, cienie, wampiry i tym podobne duperele. Wiecie jedno małe ostrze, a zabijało wszystko jak leci. Kochany Lou.
- Dlaczego cały dzień mnie śledzisz?! - wysyczałem prosto w twarz mojego przeciwnika - ODPOWIADAJ!
- NIE MAM NIC CI DO POWIEDZENIA SZCZENIAKU!
- Oh widzę, że Sangins ma dość wyszczekanych teraz przydupasów - roześmiałem się ironicznie, przyciskając ostrze mocniej do gardła nowego kolegi - Ale nie wychylałbyś się tak, gdybyś wiedział, co te cudeńko potrafi.
Cóż koleżka zaczął popadać w panikę, jednocześnie spazmatycznie łapiąc powietrze, kiedy zanurzyłem końcówkę ostrza w jego szyi. Pieczenie i okropny ból zawładnął jego całym ciałem. Byłem zaskoczony jak za wszelką cenę stara się zatrzymać dławiący krzyk w gardle.
- Tak więc raczysz mi powiedzieć czego chce ode mnie Sangins czy mam mu osobiście powiedzieć, żeby spierdalał ?
- Mia-miałe.... miałem prze-przekazać, że masz się trzymać z dala od... od dziewczyny.
- Co ona ma z tym wspólnego?!? - wściekłem się do granic możliwości. Co ten idiota sobie myślał? Sądzi, że jeśli jest jednym z najstarszych demonów może mówić innym co mają robić?! - Gadaj!
- Ta-tas.. mała su-suka nic... Le-lepiej przyj.. przyjrzyj się jej... jej rodzinie.
Buzująca krew w uszach tłumiła cichy głosik rozsądku. W dodatku, kiedy mój drogi kolega - czujecie tą ironię? - wykrył konsternację na mojej twarzy krwawy uśmieszek wkradł się na jego usta. Nie mogłem mu tego popuścić. Mój nóż przebił podbródek demona zatrzymując się na skroni. Opsi. Czarna ciecz wymieszana z tą czerwoną spłynęła po mojej dłoni przez przed ramie, skapując rytmicznie na beton. Z kamienną twarzą oraz pustym wzrokiem wpatrywałem się w przygasające oczy kreatury. Czarny dym powoli wypływał z rozwartych ust, kiedy sztywne ciało demona opadło na ziemię.
Z głośnym westchnięciem wytarłem ostrze w koszulkę już nieboszczyka, następnie chowając je z powrotem do futerału za paskiem.
- Słodkich snów - podgwizdując pod nosem znów kierowałem się do baru.
- No ja pierdole kurwa nie - wyrwało się z pomiędzy rozchylonych warg Harolda - No ja pierdole zabił ją!
- Nie wierzę, że to zrobił - mrukną pod nosem Li.
Na twarzach chłopków wymalował się jeszcze większy szok. Ściągnąłem brwi nie rozumiejąc o co chodzi moim braciom. Spojrzałem w dół i wszystko było jasne. Tsaaa troszkę się ujebałem po ''przemiłej rozmowie z kolegą''.
- Czy może ktoś mnie kurwa wtajemniczyć?! - pisnął urażony Louis splatając ręce na klatce piersiowej.
- Ach to? To nic takiego...
- Naprawdę? - Lou uniósł jedną brew w teatralnym geście. Wskazując dłonią na mnie dodał - Ujebałeś się jak jakieś pierdolone dziecko w piaskownicy, a oni dramatyzują jakby znowu spłonęło całe miasto.
- Spłonęło kiedyś przez nas miasto? - zdziwiłem się.
- W 1986 - mrukną Zayn - Odleciałeś wtedy troszeczkę.
To wszystko wyjaśnia.
- Ale dalej nie wiemy czemu przylazłeś cały we krwi! - pisnął Harry.
- Dostałem okresu - rzuciłem ironicznie.
- O mój boże! Ale jak to? Kiedy to się stało?! - Styles strzelał pytaniami jak z torpedy w dodatku bardzo poważnie.
- Harry idioto jeden! Chodzisz ze mną na rozszerzoną biologię i powinieneś już wiedzieć, że nie możemy dostać miesiączki - jęknąłem zrezygnowany - Po drodze przyczepił się do mnie jakiś przydupas Sanginsa i tak jakoś wyszło, że nie żyje.
Odparłem, ciężko opadając na ławę, machnięciem ręki przywołując kelnera. Ta noc będzie bardzo długa...
*Następny dzień*
Otworzyłem pół przytomne oczy. Przytłumiony jękomruk wyrwał się z mojego gardła, kiedy podnosiłem ciężką jak ołów głowę z nad sedesu. Można było powiedzieć, że to mój nowy przyjaciel. Całą noc opowiadałem mu co takiego działo się na ''piwie z chłopakami''. Nie muszę chyba mówić, że nie skończyło się tylko na piwie. Przez większą część wieczoru rzetelnie trzymałem się dwóch najważniejszych zasad picia alkoholu. Pierwsza brzmi ''zawsze z lżejszych alkoholi przechodź w cięższe, nigdy odwrotnie'' i w sumie trzymałem się jej do końca. Zaś druga ''nigdy nie mieszaj różnych rodzai trunków'' no cóż, poszła się jebać.
Znów jęknąłem niezadowolony, kiedy poczułem, że torsje wracają. Moje mięśnie brzucha napięły się i kolejna fala wymiocin wylądowała w muszli. Nieprzyjemny kwaskowy posmak palił mi gardło, a mdłości oraz bule głowy wcale nie pomagają. Czułem, że zaraz wypluję swoje wnętrzności. Nic nie mogłem utrzymać w żołądku, a na sam zapach jedzenia mam odruch wymiotny.
Przeczołgałem się do wanny i odkręciłem lodowatą wodę. W przeciągu paru dłużących się chwil, zaczęła się napełniać. Nie zaprzątając sobie głowy, aby rozebrać się z rzeczy przerzuciłem swoją zlansowaną dupę do wanny. Zimna woda dawała ukojenie mojemu zmęczonemu ciału.
Zanurzając twarz pod wodą mój umysł podsyłał mi kolejne obrazy. Szczególnie jedna myśl z wczorajszego wieczoru nie dawała mi spokoju. A mianowicie, że mam się trzymać z daleka od Ann i przyjrzeć się jej rodzinie. Nie mam pojęcia o co w tym może chodzić. Ale jestem pewny, że muszę się tego dowiedzieć, bo jedno z nas może być w dużych tarapatach.
______________________________________________________________________
Alex
Wracałem właśnie z kawy z dziewczynami. Oh co to są za plotkary! Po wysłuchaniu wszystkich 'ochów i achów'' na temat facetów dowiedziałem się, że muszę wracać ponieważ mój ojciec musi ze mną o czymś bardzo ważnym porozmawiać. Szczerze nie miałem zielonego pojęcia o co chodzi. W szkole było wszystko ok, tak samo jak w domu czy na zajęciach. Do głowy nie przychodziło mi nic co mogło zdenerwować ojca. Od dawna nie słyszałem go tak śmiertelnie poważnego. Jedyny raz, kiedy go takiego pamiętam był wtedy, gdy przywołał mojego brata do swojego gabinetu. Byłem wtedy mały, nie miałem więcej jak cztery czy pięć lat. W domu było ogólne zebranie wszystkich zżytych ze sobą rodzin. W salonie przy stole znajdowali się po lewicy gospodarzy państwo Zolum wraz z dziećmi, obok nich skłóceni już państwo Evansowie po prawej Cravenowie i dwójka ludzi, których pamiętam jak przez mgłę. W dodatku nie mam pojęcia dlaczego w swoim wspomnieniu pamiętam, że trzymali małą Ann na rękach mimo, iż jej rodzice siedzieli zaraz obok. No zabijcie mnie nie mam pojęcia kim byli. Nie pamiętam ich. Imion tym bardziej. Lecz teraz jest to nie istotne. Ten dzień wyrył mi się w pamięci raczej z powodu tego, iż straciłem bardzo bliską mi osobę. Przed tym zdarzeniem mój brat Greg zawsze się ze mną bawił i żartował. Gdy wyszedł z gabinetu ojca po długich rozmowach już nigdy więcej się mną nie zajmował. Tłumacząc, że z czasem trzeba dorosnąć, wraz z rodzinną tajemnicą. Z tym dniem straciłem brata i od tej pory jestem jedynakiem. Nie mam pojęcia co się tam stało, a teraz prawdopodobnie będę się musiał z tym zmierzyć.
Prychnąłem niezadowolony.Układam sobie jakieś chore historie. Jako dziecko miałem bujną wyobraźnię. Gadałem niestworzone rzeczy, że widziałem demony w oknach lub słyszałem głosy w piwnicy. Najlepsze jak kiedyś powiedziałem mamie, że widziałem w nocy ducha jak chodził po domu. W życiu nie przypuszczałbym, że można tak poblednąć na twarzy. Mama potem powiedziała wszystko ojcu. Pamiętam jak strasznie się wściekł na Grega, bo miał wtedy pilnować domu. Nie miałem pojęcia, że ojciec tak srogo ukarze mojego już byłego brata za jakieś dziecięce urojenia.
Wciągnąłem powietrze ze świstem, zdając sobie sprawę, że stoję pod domem. Oddychając głęboko starałem się uspokoić szalejące serce. Lecz to zdało się na nic. Nie mam pojęcia czego się tak obawiam, przecież nie ma czego. Mimo to te niemiłe uczucie gdzieś ciągle w okół mnie się kręci. Na podjeździe zauważyłem szereg aut należących do tak zwanej starszyzny zaprzyjaźnionych rodzin. To nie zapowiadało nic dobrego.
Od progu przywitały mnie jakieś krzyki dochodzące z gabinetu ojca.
- Zrozum, że on nie jest jeszcze gotowy na to! - to mój tata krzyczał - To jest wielka odpowiedzialność, nie dorósł jeszcze na to!
- Samuel nie pieprz głupot znam swojego syna! - głos odpowiadający mojemu ojcu wydał mi się znajomy - Zostanie już teraz wtajemniczony i koniec kropka!
Stanąłem jak wryty kiedy z gabinetu wypadł pan Zolum, jednocześnie właściciel poprzedniego głosu. Przywitałem się grzecznie, lecz odpowiedział mi wściekły trzask drzwi. Zdębiały spojrzałem na ojca, którego sylwetka właśnie wyjawiała się na progu.
- Oh Alex dobrze, że już jesteś - przywitał mnie spokojniej - Choć synu musimy porozmawiać.
Przełykając gulę w gardle puszyłem za mężczyzną. Kompletny mętlik w głowie uniemożliwiał mi logicznie myślenie. Wszystko wykonywałem automatyczne. Ręce nieprzyjemnie drżały i pokryły się zimnym potem. Niezręcznie wytarłem je o dżinsy.
- Panowie możecie nas zostawić samych? - no tak dowal mi jeszcze stary to zejdę ci tu na zawał! czułem tężejący wzrok ojca na sobie wraz z zwarciem się mojej klatki piersiowej. Atmosfera chyba nie może być już bardziej gęsta. Reszta członków starszyzny bez komentarza opuściła pokój. Na odchodne za nimi ojciec dodał surowe - Dziękuję.
Kiedy pomieszczenie opustoszało, a ja przełknąłem jakoś swój strach wydusiłem z siebie ciche.
- Chciałeś ze mną porozmawiać.
- Owszem synu. Pewnie zastanawiałeś się czemu cię tu ściągnąłem - kiedy moje niemrawe skinienie głowy odpowiedziało mężczyzna kontynuował - Wiesz dobrze, że w naszej rodzinie i tych zaprzyjaźnionych przychodzi czas, kiedy młodzieniec zostaje wprowadzony oraz przeobraża się w mężczyznę.
- Wiem - wydukałem - Ale nie mam pojęcia co chcesz przez to powiedzieć.
- Alex chyba czas, żebyś dowiedział się o sekretnej tradycji naszych rodzin, którą będziesz kontynuował wraz z następnymi pokoleniami.
Mój oddech stanął, wraz z sercem, pulsem i czym tam jeszcze chcecie. Kurwa wiedziałem. Moje ciało spięło się natychmiastowo. Czyli jednak podejrzenia z poprzednich lat są prawdziwe... Wiedziałem, że będę tego żałował, ale musiałem się spytać.
- Co to za rodzinna tajemnica ?
Przez twarz ojca przeleciał cień uśmiechu. Odchylił się na fotelu aby wskazać ręką na starą fotografię nad swoją głową.
- Pamiętasz kiedy zrobiona była ta fotografia?
- Po osiemnastych urodzinach Grega.
- Dokładnie. Może wiesz dla czego?
- Nie.
- Widzisz na niej uwiecznionych członków aktualnej starszyzny. Na następnej będziesz ty z bratem i dziećmi tu oto widocznych.
- To się zgadza, rozpoznaje pana Zolum i jeszcze paru członków tylko nie mam pojęcia kim jest ten mężczyzna z lewego rogu który stoki koło ciebie. Nie pamiętam go.
- To Jonathan Wilson - ojciec westchnął smutno i na chwile jego wzrok odleciały gdzieś daleko, by po chwili powrócić z zimnym spojrzeniem - Ale nie będziemy teraz o tym mówić. Widzisz twoja rodzina jak i te zaprzyjaźnione to tak naprawdę prastare rody. Wszyscy jesteśmy powiązani przysięgą krwi, która czyni z nas tym kim jesteśmy.
- A k-kim jest.. jesteśmy?
- Łowcami mój drogi synu. Pilnujemy równowagi między światem ludzi, a światem mroku.
- Żartujesz prawda? To jakiś chory żart tak? - nie dowierzałem, lecz jedno spojrzenie w oczy ojca utwierdziło mnie, iż ani trochę mu do żartów. Nagle mój umysł zaczął pracować na zdwojonych obrotach, a wszystkie klocki powoli pasowały - To po to było to wszystko? Te treningi, szkolenia? To wszystko, żeby zrobić ze mnie łowcę ?
- Tak, to wszystko byś był łowcą.
- Nie, nie, nie... jak to możliwe?
- Alex! - surowy ton przywrócił mnie do porządku - Na miłość boską uspokój się. Żyjesz z tym od narodzin. Mamy to we krwi. Kiedy jest niebezpieczeństwo nasze zmysły wytężają się bardziej niż innych ludzi. Adrenalina, akcja, emocje nie przyćmiewają nam logicznego myślenia. Walka, broń to wszystko przychodzi nam od skinienia palcem. Tropienie i niwelowanie niebezpiecznych kreatur nie z tego świata to jest dla nas pestka. Więc przestań panikować i weź się w garść.
- Przepraszam - wydukałem lekko zażenowany. Ojciec wyglądał na lekko zirytowanego moją reakcją - Proszę kontynuuj.
- Wzmożemy ci treningi i w soboty przez dwie godziny będziesz studiował tajniki budowy morfologicznej oraz anatomicznej kreatur nocy. Musisz wiedzieć z czym przyjdzie ci walczyć. Teraz nosisz na barkach odpowiedzialność, która idzie z tajemnicą rodzinną rozumiesz?
- Tak, rozumiem.
- To dobrze.
- Mogę o coś zapytać?
- Pytaj.
- Czy Mark on ... on też będzie łowcą ? O to tak wściekła się pani Zolum?
Ojciec westchnął zmęczony. Ściskając kciukiem i palcem wskazującym nasadę nosa.
- Tak on też.. - ponosiwszy wzrok uśmiechnął się smutno - Ale dobrze wiem to i ja i ty, że nie jest na to gotowy. Nie dorósł jeszcze do bycia łowcą, lecz Zo jest zbyt uparty. Czasem jego wojskowa zawziętość jest strasznym wrzodem na dupie - zaśmialiśmy się jednocześnie - Nie mniej jednak nie raz uratował mi życie na polu walki.
Powoli zbierałem się z gabinetu, żeby przetrawić wszystkie nowe wiadomości, pewna myśl przemknęła przez mój umysł.
- Tato?
- Tak?
- Co się stało z Jonathanem? Jest na zdjęciu, więc jest ze starszyzny lecz nie pamiętam, żebym go widział u nas.
Na wspomnienie mężczyzny ojciec widocznie posmutniał.
- Nathan zginął tragicznie wraz ze swoją żoną Isobel.
- A dziecko? Oni mieli dziecko.
- Nie Alex, nie mieli.... Wilsonowie nie mieli dzieci.
Widoczne zmieszanie ojca wydało mi się z lekka podejrzane. Ściągnąłem brwi w geście nie zrozumienia jednocześnie spuszczając wzrok na ziemię. W moim wspomnieniu wydawało mi się, że mieli dziecko.
- No nic, to do zobaczenia na kolacji - rzuciłem krótko, przechodząc przez próg.
Mam bardzo dużo do przetrawienia i oswojenia się. Wciąż nie dochodzi do mnie zbytnio wiadomość, że jestem łowcą a wszystkie bajki, które opowiadała mi mama na noc są prawdą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)